Co będzie, jeśli zachoruję, stracę pracę, zostawi mnie partner… Każdy się czegoś boi, to naturalne. Gorzej, jeśli takie zmartwienia dezorganizują nam życie. Funkcjonowanie w ciągłym niepokoju może zrujnować nam zdrowie… Czy można przestać się bać?

Coś na pewno się wydarzy. I to coś niedobrego, oczywiście. Ręka do góry, kto nigdy nie miał podobnego przeczucia. Bez obaw – obawa to rzecz ludzka. To wszystkim doskonale znane – zmartwienia, czyli myśli związane z domniemanym pejoratywnym wydarzeniem, które wywołują w nas niepokój. Niepokój ten według polskiego psychiatry Antoniego Kępińskiego jest podstawowym rodzajem lęku. Tak – lęku. I doznaje go każdy.

Obowiązkowy minimalizm

Skupianie się na negatywnych aspektach życia wynika z uwarunkowań ewolucyjnych człowieka. Niegdyś dla przeżycia ‒ paradoksalnie ‒ najważniejszy był strach. W momencie realnego zagrożenia poziom hormonów stresu, kortyzolu i adrenaliny, podnosi się, wyzwalając reakcję: walcz albo uciekaj. Kiedyś chodziło głównie o to, by nie dać się pożreć. Dziś potencjalne zagrożenia są zdecydowanie inne. Namacalny strach pojawia się stosunkowo rzadko. Częściej odpowiedzią psychiki na świat zewnętrzny jest lęk. Jak strach jest przejawem obawy wobec realnego zagrożenia, tak lęk jest przejawem obawy wobec tego, co myślimy.

Choć słowo „lęk” nie najlepiej się kojarzy, to bezapelacyjnie lęk jest nam potrzebny. Nasze życie polega na tym, że podążamy ku przyszłości i lęk to dążenie niejako modeluje. Mobilizuje on nasz organizm do działania, co pozwala nam w tę przyszłość iść. A te przyszłości w zasadzie są dwie ‒ przyszłość subiektywna, jako nasz plan, oraz przyszłość obiektywna, jako efekt w świecie. Między tym, co zaplanowaliśmy, a tym, co faktycznie się wydarzy, istnieje pewna rozbieżność, niepewność. Ta nieznajomość przyszłości wraz ze świadomością istnienia przykrych zdarzeń tworzy właśnie lęk. Tylko jeszcze bez paniki, proszę.

Kłopot w liczbach

Według raportu francuskiej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju dotyczącego jakości życia (OECD Better Life) w 2013 roku 83 proc. Polaków dziennie przeżywało więcej chwil pozytywnych niż negatywnych. To miło, ale skupmy się właśnie na tych negatywach. Benenden Health – Brytyjskie Towarzystwo Opieki Społecznej ‒ w tym samym roku przebadało 2 tys. Brytyjczyków pod kątem stresu związanego z zamartwianiem się. Okazało się, że martwią się oni średnio 2 godziny dziennie, a to daje aż miesiąc zmartwień każdego roku. Dobrze, jest to raport brytyjski, ale nasz naród wprost słynie z pesymizmu, co może sugerować, że w zamartwianiu się przewyższamy Brytyjczyków. Na zapytanie „Ile martwią się Polacy?” Google podaje około 663 tysięcy wyników, więc coś jest na rzeczy… Ile naprawdę martwi się każdy z nas, odpowie sobie… każdy z nas, a na pewno odpowie nasz organizm.

Co za dużo, to niezdrowo

Kiedy coś nas trapi, źle śpimy, źle jemy, źle oddychamy… po prostu źle żyjemy. Już 5-minutowe zamartwianie obniża poziom koncentracji na zadaniu, bo zamartwianie się to też koncentracja, tylko nie na tym, co trzeba. Mózg aktywuje wówczas dodatkowe obszary związane z działaniem i pochłania ogromne ilości energii. Negatywne fantazje, podobnie jak realny strach, pobudzają nadnercza do produkcji hormonów stresu. Ich długotrwały wpływ na organizm jest wyniszczający. Aż 45 proc. zamartwiaczy odczuwa dolegliwości z wielu układów. Wrzody żołądka, niewydolność serca, depresja i obniżenie nastroju to ledwie garstka. Do tego objawy dosłowne, jak: siwizna, zmarszczki, wypadanie włosów, są wówczas na porządku dziennym.

Taki hormonalny mechanizm opiera się na zasadzie sprzężenia zwrotnego w mózgu, nie pozwalając wyrwać się z diabelskiego kręgu. Zła energia sprawia, że fikcyjne problemy stają się samospełniającą przepowiednią i w końcu, gdy „coś” się wydarzy, utrzymuje nas w przekonaniu, że warto było się martwić i będziemy czynić to dalej. Emocje towarzyszące lękowi utrzymują nas w ciągłym stanie gotowości na to, co ma nadejść. Na to najgorsze, co jednak… nie nadchodzi.

Zamartwianie okazuje się efektem pomyłki ewolucyjnej ‒ uważa Gary Marcus, profesor Uniwersytetu Nowy Jork. Zalicza je do zbioru przypadków nazywanego z wojskowego slangu amerykańskiego Kluge, w wolnym tłumaczeniu: coś, co nie powinno działać, a jednak działa. Nasz supermózg czasem troszkę błądzi i myli rzeczywistość z własnymi wyobrażeniami. Amerykański psycholog Walter Calvert ustalił, że 30 proc. zmartwień dotyczy zdarzeń z przeszłości, 40 proc. z przyszłości, które jednak się nie wydarzą, 12 proc. – dotyczy opinii o nas, 10 proc. to błahostki, niewarte zbytniego zamartwiania. Z tego zostaje – jedynie – 8 proc. na zmartwienia właściwe, uzasadnione. Teraz należy tę ósemkę utrzymać w pionie, by nie zmieniła swego oblicza w znak nieskończoności…

Na ratunek

Zabij ten lęk, co się czai przez włosy i sięga po to, co jest poza miejscem, co jest zaprzeczeniem niczego – tak śpiewała Rodowicz u Grechuty. Jak to zrobić? Przede wszystkim trzeba zaakceptować, że w zdecydowanej większości nie mamy wpływu na sprawy, które nas niepokoją. To znaczy mamy wpływ – możemy przestać się martwić, bo i tak nie mamy możliwości zmienić ich biegu. Oczywiście, na to, na co możemy wpływać – wpływajmy! Jeśli martwi nas częsty ból brzucha z prawej strony, to zamiast się tym denerwować, zasięgnijmy porady lekarza. Żyjmy w teraźniejszości ‒ tu i teraz, pamiętając, że przeszłość minęła, przyszłość dopiero nadejdzie, co nie znaczy, że nie są ważne. Są! Z przeszłości wyciągamy wnioski, a z przyszłością wiążemy plany. To mądrość i motywacja. Życzmy sobie tego na każdy dzień.


Tekst stworzony dla portalu hellozdrowie.pl /opublikowany: środa, 12 października 2016/

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>