Był rok 2012, kiedy „To nie jest książka” — obiekt niezwykle papierowy — wpadł w moje ręce. Szukałam czegoś dla córki. Moje głośne wow! usłyszało chyba pół ulicy Krakowa (niestety nazwy ulicy nie pamiętam). No, w końcu coś innego. W końcu równowaga została zachwiana. I to bardzo!

Zaledwie kilka dni potem usłyszałam od innych dorosłych – no, to naprawdę nie jest książka, ale tak wygląda. Bo żeby po niej pisać, rzucać o ścianę i wyrywać kartki!? Skandal. Bez sensu. A gdyby była wydana w formie zeszytowej, to co (?) — pytam retorycznie, bo znam odpowiedź. Wtedy byłoby ok. Myślę, aha, czyli jesteśmy bardzo zasadniczy. Tzn. – oni, ale mają takie prawo. Nie polemizuję.

Obraza numer jeden — idea książki

Coś, co wygląda jak książka nie powinno służyć jej zaprzeczeniu, zdaniem tamtych dorosłych. To głupota przecież. Mimo tego moja córka wie, co znaczy szanować książkę. Wie, że po niektórych można pisać, po innych nie. I nie mam tu na myśli siebie z lat dzieciństwa, gdy na okładce wierszy Brzechwy narysowałam kalkulator. Nie ołówkiem – pisakiem w kolorze zgniłozielonym. Moja córka wie, że czasem robi się w książkach notatki. U nas nie ma czasów – nie pisz, nie niszcz (choć bywa, że i we mnie odbija się echo rygoru i zasad). Są za to konsekwencje – napiszesz, będzie ślad. Zatem nas ta idea „książki” nie obraża. Być może dlatego tak chętnie sięgnęłam po rzeczoną pozycję.

Obraza numer dwa — śmierć kreatywności

Na polskim rynku wydawniczym pojawiły się później dwie pozycje Keri Smith, które rozściełały się po sklepowych półkach: „Zniszcz ten dziennik” i druga „To nie książka” (tytuł do złudzenia podobny, różnica w słowie „jest”, którego tu brak). Na Medium po polsku o swoich odczuciach pisze Mateusz Sidorek, który zwrócił uwagę na rzecz na wskroś elementarną, na kreatywność. W zasadzie autor podważył ją chyba całkowicie. Tym samym zwrócił też moją uwagę.

Przyznaję od razu, że dwie pozycje Keri Smith jedynie przejrzałam, tak samo, jak przytoczony przeze mnie autor tekstu. Wydają mi się być jednak analogiczne do pozycji poruszonej przeze mnie, aczkolwiek w niższym standardzie wizualnym, przynajmniej na mój gust i oko. Tekst autora zawiera pewną znamienną frazę, którą pozwolę sobie przytoczyć:

Nie chodzi mi jednak o jakiekolwiek statystyki, a raczej samą ideę tych dwóch pozycji. Ideę, która jest paradoksalna, ponieważ książka, która ma uczyć kreatywności po prostu ją… Zabija. Jak można mówić o różnorodności dzienników, skoro wszystkie są oparte na tym samym schemacie? Okej, ilu ludzi tyle sposobów wykorzystania tego produktu, jednak każdy z nich dyktowany jest tymi samymi wskazówkami, a raczej poleceniami.”

Ów pogląd szanuję, lecz nie zgadzam się — jak mi się wydaje — w całej rozciągłości. Wyjaśnię przez pryzmat mojej pozycji, która, będąc na tyle analogiczną, może posłużyć jako odniesienie. Dodatkowo leży właśnie obok mnie, zatem mam w nią wgląd całkowity.

Czy na pewno książka taka zabija kreatywność? To pytanie kluczowe. Kiedy dostajemy do przeczytania „Lalkę” Prusa, każdy odbiera ją w oparciu o pewne poznawcze schematy, lecz ze względu na swą indywidualność – inaczej. Ten sam produkt wykorzystujemy tak samo, ale efekt końcowy jest inny. Bazujemy na tym, co mamy i znamy, by stworzyć coś nowego – odwieczna zasada kreatywności. Sednem nauki kreatywności jest nauka wykorzystania własnych zasobów i/lub pozyskania nowych w celu stworzenia czegoś, co jeszcze nie powstało. Gdy każdy z nas dostanie polecenie/wskazówkę: zrób coś ze sobą, by zdobyć masło, wykona zadanie na swój sposób (a jest ich naprawdę mnóstwo). Ktoś pójdzie po masło do pobliskiego supermarketu, ktoś inny zamówi przez Internet smarowidło ze stolicy Bawarii a jeszcze ktoś zrobi sobie w domu, kokosowe.

Oczywiście, można wydać „książkę” bez tych wskazówek, jedynie z jakimiś graficznymi znakami i powiedzieć: rób, co chcesz albo w ogóle nic nie mówić i czekać na odzew w Internecie. Ale to trochę tak, jak w poleceniu o maśle pominąć kwestię masła. Ba! W „To nie jest książka” podobna propozycja, mimo wszystko, istnieje. „Popuść wodze fantazji” — wybrzmiewa. Taka propozycja jest jedna. Według mnie ona także jest formą wskazówki. Gdyby zatem usunąć wszystkie wskazówki/polecenia, powstałoby coś bliżej nieokreślonego, z czym nie wiadomo co zrobić. Wskazówki te, to przecież podstawowy kierunek, jak w stu milionach sytuacji codziennych, by nie powiedzieć fundamentalna zasada wykonania zadania. Bo tu kwestią nie jest — jak być może ma na myśli autor tekstu — polecenie wykonania zadania, a sposób tegoż wykonania. To w nim tkwi siła kreatywności. Co więcej, wyczyny młodocianych przesypują się w sieci (w końcu żyjemy w social media), bo „książka” sama przez się nawołuje do rywalizacji. A może jeszcze bardziej — daje jej upust. I to też jest dobre, potrzebne, szczególnie dla młodocianego targetu, do którego pozycje wydają się być w głównej mierze kierowane.

Zatem, co do schematyczność i powtarzalności każdego egzemplarza, zgodzę się, ale jedynie wobec jego formy wyjściowej. Gdy wpada w ręce, nabiera cech indywidualnych, przynajmniej taka jest właśnie idea – zrób to na swój sposób. Nie? A czy na pewno po włożeniu do zamrażalnika wszystkim wyrosną takie same lodowe kwiaty? Czy każdy dziurkaczem stworzy to samo dzieło sztuki? Czy każdy wyplami takie same wzory? Inne strony wołają do podmianki z notatnikiem przyjaciela, do czytania na deszczu, zbierania “śmieci” i do grania książką w tenisa. Być może faktycznie, nie wszystkie są kreatywne z zasady, ale pozwalają obserwować ciąg przyczynowo-skutkowy. Takie „co się stanie, gdy…”. Akcja-reakcja, jak moja na tekst Mateusza Sidorka. Z uśmiechem, oczywiście. No, ale jakim wyzwaniem jest zrobienie z jednej strony części garderoby? (Dla mnie sporym ;)). Aha, jest tam też miejsce na rzeczy ważne i największe marzenie. Myślę, że wielu dorosłych miałoby z tym problem. Tu już mrużę oko. Nieco poważniej — określenie życiowych wartości jest naprawdę diabelnie ważne, szczególnie dla młodych. Jest też miejsce na obserwację reakcji innego człowieka — ćwiczenie dla neuronów lustrzanych. Za to wyjątkowo wielkie brawa! Czas na stworzenie mapy odwiedzanych dziś miejsc  —  a więc tym razem ćwiczenie dla myślenia wizualno-przestrzennego. Inne, dla węchu. Można by przeanalizować każde zadanie osobno. Na pewno pobudzają różne sposoby myślenia i różne partie mózgu a  przy tym dają sporą frajdę i dozę inspiracji. A więc tutaj też stawiam plus. Duży plus.

Obraza numer trzy — zdanie końcowe

To chyba moja jedyna realna wątpliwość. Osobista. „Przekonaj się: książka może być twoim najlepszym przyjacielem i najbliższym powiernikiem”. To jednak mówimy o książce? Od dziecka mam wkładane do głowy, że książka to coś na kształt uporządkowanego na stronach zbioru znaków literowych, tworzących spójną treść. Ów papierowy obiekt jest wszak odskocznią od czytania… Ok, czepiam się pojęć. Im więcej o tym myślę, tym mniej jest to ważne. Dla mnie. Dla mojej aktualnie 8,5letniej córki chyba też. Ta książka jest dla niej oderwaniem od dnia, przynajmniej tak mówi. Rodzi się pytanie —  może target to raczej szkoła podstawowa? Być może wówczas nie byłoby zażaleń, że jednak nie rozwija.

Być może. Być może ze względu na swoją świeżość i otwartość  —  właśnie młodym najbardziej się przyda. My przecież jesteśmy już tacy rozwinięci  —  zakładam trochę z przekąsem  —  dlatego zapominamy o zabawie. Zatracamy dystans. My możemy nie zrozumieć, co daje wyprowadzenie książki na spacer. ;)

Mówiąc krótko: dla mnie to nie kit.

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>